sobota, 4 lutego 2012

Dzien 35

Kiedy zakladalam ten blog bylam przekonana ze kazdy tuaj notka bedzie piekna, optymistyczna i ze kazdy dzien MOJEGO roku bedzie obfitowal w spokoj wewnetrzny i radosc. Oczywiscie ze scenariusz zupelnie nierealny - zycie nie jest prosta i szeroka droga. W czasie tego weekendu potknelam sie o cos bardzo waznego. Czas wiec na spokojne zatrzymanie sie i przyjrzenie sie tym moim emocjom.

Mysle ze wlasciwie moj niepokoj rozwinal sie juz  przed weekendem, bo zaczelam rozmwiac o tym juz w czwartek z Anne. Moje relacje z ludzmi. Troche napisalam o tym w komentaarzu do poprzedniej notki. W szkole podstawowej i sredniej bardzo dotkliwie cierpialam z powodu zanizonego poczucia wartosci. Pamietam, ze patrzylam z wielka zazdroscia na popularne kolezanki, i marzylam - gdybym tylko byla jak one!  Zawsze chcialam gdzies nalezec - czy to do oazy, czy tez harcerstwa, chcialam byc czescia jakies grupy, jednak w moim srodowisku takiej grupy nie znalazalam. Bogu dziekowac, bo bylabym latwa ofiara dla sekty, czy tez grupy narkomanow :)

Potem na studiach technicznych nagle stalam sie dusza towarzystwa - na zewnatrz- w srodku bylam niesmiala i zakompleksiona. .Ale ta zewnetrzna popularnosc jakos podtrzymywala moje zachwiane poczucie wartosci -  cos jak podporka przy roslinie z chorymi korzeniami. Bylam strasznie spragniona prawdziwych przyjazni, zabiegalam o nie. Kiedy tylko ktos sie do mnie zblizal, calkowiecie nie umialam tych przyjazni podtrzymac. Bo przyjazn wymaga duzego otwarcia. Otwarcie wiaze sie z ryzkiem. Otwarte serce jest podatne na zranienia. Mialam  wiec wiele kolazenek i kolegow, bylam zawsze w centrum czyis problemow - byl okres w moim zyciu ze dawalam, dawalam i dawalam. Ach, jaka sie czulam wtedy mocna.  Z tego dawania siebie czerpalam tyle poczucia wartosci. Moje korzonki byly watle, natomiast na zewnatrz- bujna, piekna rolina. Rozdajaca siebie na prawo i na lewo. Woluntaruszka. Doradczyni. W centrum waznych spraw. Kompententna. Wszechwiedzaca. Samowystarczalna. Piekna i mocna fasada.

Tylko jak zostawalam sama to wpadalam w panike. I w pewnym momencie cala ta bujna fasada padla - kolezanki do mnie pisaly, maile pozstawaly nieodpisane, telefony nieodebrane - calkowita izolacja. Bo ja umialam tylko dawac z siebie ( czy ktos mnie prosil, czy nie) natomiast nie umialam zbudowac takich  relacji  zebym moglam liczyc na pomoc. Ha, nawet nie umialabym o ta pomoc prosic. A w pewnym momencie ta pomoc byla mi bardzo potrzebna. I tutaj dochodzimy do obszarow we mnie ktory wymaga mojej troski:
  • mam duzy klopot z niezagospodarowana przestrzenia wolnego czasu ( dawniej uciekalam w telewizje, teraz wciaz spedzam ten niezgospodarowany czas wertowaniu blogow, pobytach na forach. To jest  otaczanie sie  ludzmi - ale tak tylko na powierzchni.) Swietnie funkcjonuje jak mam zawalony do granic nieprzyzwoitosci kalendarz, pedze, pedze - potem padam, wiec moj odpoczynek jest uzasadniony, po czym wracam do pedu.
  • mimo ze mam lepsza ze soba relacje, wciaz nie jest to mocna i stabilna  relacja
  • nieumiejetnosc budowania i utrzymania prawdziwej i bezwarunkowej przyjazni. Problemem we mnie jest lek przed odtraceniem. Moze dlatego w sumie nigdy na nikim sie nie zawiodlam, bo z nikim tak naprawde nie bylam zaprzyjazniona. Chociaz mam w zyciu bardzo bliskich mi ludzi, i mniej bliskich ludzi, z ktorymi chcialabym sie zaprzyjaznic.
 .“…feelings like disappointment, embarrassment, irritation, resentment, anger, jealousy, and fear, instead of being bad news, are actually very clear moments that teach us where it is that we’re holding back. They teach us to perk up and lean in when we feel we’d rather collapse and back away. They’re like messengers that show us, with terrifying clarity, exactly where we’re stuck. This very moment is the perfect teacher, and, lucky for us, it’s with us wherever we are.”
― Pema Chödrön

Duzym sukcesem dzisiejszego dnia jest ze zatrzymalam sie nad tymi gryzacymi emocjami i przyjrzalam sie im z bliska. Rozpoznane, oswojene - teraz trzeba bedziesie z troska nad nimi nachylic i pomalenku zajac sie nimi.


7 komentarzy:

  1. To niewiarygodne jak bardzo czytając Twój wpis widzę siebie.
    Jeszcze tak o tym pisać nie potrafię. Ale już umiem w sobie te emocje i reakcje rozpoznać

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    2. Kasiu, ja to zauwazylam! I ciesze sie bardzo ze tak budujemy relacje ze soba, poznajemy sie. Bo jak mi Anne powiedziala ze zdrowe i piekne relacje ma sie z innymi jak sie takie relacje ma ze soba! Wczoraj po napisaniu mojej notki zrobilam sobie liste osob z ktorych chcialabym lepiej poznac i dac siebie poznac. I Ty bylas na tej liscie :)I bardzo chcialabym sie spotkac z Toba jak bede w Krakowie. moze z koncem kwietnia lub na poczatku maja :)

      Usuń
    3. Marto, koniecznie musimy się spotkać :)

      Usuń
    4. Koniecznie Kasiu. Bede napewno o tym pamietac.

      Usuń
  2. Zastanawiałam się nad tym, co napisałaś.Twoje odczucia nie są mi obce.Czasami mam wrażenie, że cały świat jest wokół mnie, ja w nim jestem, istnieję, funkcjonuję, jestem zauważona, jestem doceniana a jednak.....jestem sama i CZEGOŚ mi bardzo brakuje, czasami aż do bólu.Masz rację - gdzieś u podstawy leży zaniżenie własnej wartości i chyba z tym związana ostrożność w kontaktach, nieumiejętność pełnego otwarcia, nieufność i obawa - czy ta osoba zaakceptuje mnie taką jaka jestem, czy ją nie rozczaruję.I w tym wszystkim gdzieś gubię samą siebie.Dzisiaj rano usłyszałam takie zdanie - "trzeba coś zostawić za sobą, by móc iść naprzód".
    Ciągle chodzi mi to po głowie.Pierw jednak chyba trzeba pokochać siebie i zaprzyjaźnić się sama z sobą. Spojrzeć na siebie tak jak chciałabym by spojrzeli na mnie inni.Pierwsze kroki mam już za sobą i pełna optymizmu kroczę dalej.Pozdrawiam Cię serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Najpierw jednak chyba trzeba pokochać siebie i zaprzyjaźnić się sama z sobą."

      Jestem o tym przekonana! :):):):) Pisz, pisz jakie nastepne kroki:)

      Usuń