niedziela, 23 sierpnia 2015

niedzielnie i religijnie

Dotarlam do konca letniego maratonu - mimo ze to dopiera druga polowka sierpnia i babie lato wciaz moze nas poddusic wysokimi temperaturami oraz wilgotnoscia, musze przyznac ze tegoroczne lato bylo dla nas wyjatkowo laskawe.  Oznaka tej laskawosci jest miedzy innymi to ze  w domu dzis mam wszystkie okna otwarte - co za absolutny luksus! Zazwyczaj o tej porze zmeczeni juz mocno upalami siedzimy w zamknietych klimatyzowanych pomieszczeniach wypatrujac znakow jesieni.

Ostatni jestem tak bardzo w rozjazdach  i zajeta, ze wkladam duzo wysilku aby w niedziele zwolnic i napelnic  swoje emocjonalne i duchowe baterie. Ciezko jest pisac o duchowosci - u kazdego czlowieka manifestuje sie ona inaczej -czesto tez dbanie o dusze kojarzy sie z praktykami religijnymi- u mnie ostatnio te duchowe baterie laduje najlepiej podczas samotnycxh spacerow nad brzegiem "mojej" rzeki, tej ze zdjecia wlasnie.

Czesto sama zadaje sobie pytanie dlaczego mimo mojego rosnacego sceptycyzmu i niecheci do wszelkich zorganizowanych religii wciaz twierdze ze jestem osoba wierzaca.  Co w ogole znaczy byc osoba wierzaca w XXI skomplikowanym wieku w ktorym troche naiwnoscia  jest wierzyc w Patriachalnego-Boga-"Pana", ktory za dobre wynagradza, za zle kaze i ma nas w nieustajacej opiece. Moja wiara rozpoczeta w rodzinie rzymsko-katolickiej, praktykowana podczas mojego 50-letniego zycia w kosciolach roznych wyznan przeszla wiele ewolucji. POniewaz moja wiara jest "po przejsciach" zacznijmy od tego w co nie wierze:

  • Zdecydowanie nie wierze ze Biblia jest nieomylna. ( Dla mnie wychowanej w tradycji rzymsko-katolickiej Biblia nigdy nie byla bezposrednim zrodlem wiary ale w protestanckich Stanach ta wiara w nieomylnosc i ponadczosowosc Biblii jest szeroko rozpowszechniona.
  • Od zawsze (intuicyjnie i bardzo !) mialam klopot z wiara w Boga ktory w swojej "nieskonczonej dobroci" posyla swojego jedynego syna na okrutna i meczenska smierc w celu odkupienia naszych grzechow. Zawsze mialam olbrzymi problem ze Swietami Wielkanocy i ta teologia grzechu pierworodnego i Boga wymagajacego ofiar za te grzechy.
Mimo tej swojej rosnacej "niewiary" wciaz nie bylam gotowa na calkowite odejscie od chrzescijanstwa i ogloszenie siebie ateista. Od 18 lat jestem czlonkiem episkopalnego kosciola, z przepiekna obrzedowoscia i przemilymi, dobrymi ludzmi wiec mam bardzo dobre doswiadczenia z instytucja religija do ktorej naleze. Troche gorzej jednak z doktryna. Zupelnie przez przypadek (viva social media!) odkrylam calkiem energicznie rosnaca podobnie "nie-wierzaca" grupe chcrescijan. Ta  formacja  nazywa sie "Chrzescijanstwo Progresywne" - zrzesza ona ludzi ktorzy jak ja lubia praktyki religijne, naleza do  roznych denominacji i tradycji, a ich wiara bardziej charakteryzuje sie "droga", uznaniem/afirmacja pewnych wartosci niz na "wiera". Jednym slowem, nie jest tak bardzo istotne dla mnie w co wierzysz, jak wierzysz - wazniejsze jest jak zyjesz. 

To "odkrycie" bylo dla mnie olbrzymia ulga bo przez dosc dlugi okres czulam sie troche hipokrytka - twierdzac ze  jestem osoba wierzaca/ chrzescijanka , bywajaca w miare regularnie w kosciele ale odrzucajaca z pozoru te fundamentalne prawdy wiary chrzescijanskiej. Na odrzucenie religii z mojego zycia nie bylam gotowa - zawsze gleboko czulam sie zainspirowana naukami Chrystusa i tym jak przeobrazal swiat i ludzi wokol siebie. Stad moja radosci - nie ja jedyna jestem takim dziwacznym CHrzescijaninem - praktykujacym ale nie we wszystko wierzacym. 

 W co wiec wierza Chrzescijanie Progresywni:
  • Wierza ze Biblia jest natchnionym dzielem ktore zawiera mysli mistykow i opisuje ewolucje ducha ludzkiego. Biblia jedna nie jest nieomylna i nalezy ja interpretowac w historycznym kontekscie rzeczywistosci w ktorej byla pisana.
  • "Zbawienie" nasze odbywa sie tutaj i teraz. Zbawienie to przemiena/transformacja ( siebie i otaczajacego nas swiata) wskutek takiego a nie innego zycia./ takich czy innych wyborow. 
  • Ludzkie dylemary, sytuacje, okolicznosci trudnosci sa zdecydowanie bardziej skompolikowane aby mozna je bylo rozwiazac tradycyjnie chrzescijankim pojeciem grzechu i przebaczenia stad progresywni chrzescijanie nie wierza w tradycyjny koncept grzechu. Mimo tej niewiary Progresywni Chrzescijanie stawiaja sobie wysoka poprzeczka moralna.
  • Jezus wciaz jest centralna postacia dla progresywnych chrzescijan - jak syn Boga, Slowo ktore Stalo sie Cialem. Chrustus  jest dla nas inspiracja ktora swiadczy o charakterze i pasji Boga. (Progresywni Chrzescijanie nie wierza w role Chrystusa jako Baranka Bozego zeslanego na smierc w celu odkupienia grzechow - i wspolczesni teolodzy wskazuja na to ze ta tradycycja "Oskupienia" "Pana" zrodzilach sie podczas feudalnego porzadku swiata okolo 1000 lat temu.) Poniewaz Progresywni Chrzescijanie czerpia inspiracje z zycia Chrystusa traktuja swoje chrzescijanstwo bardzo powaznie - troszcza sie o biednych i wykluczonych, zepchnietych na margines,  staraja sie zyc tak aby nie rujnowac srodowiska, sa tolerancyjni i otwarci, zdaja sobie sprawe ze  tak jak ludzie tak nasze pojecie/zrozumienie Boga ewoluuje stad nie trzymaja sie kurczowo zadnych doktryn. 
  • Progresywni Chrzescijanie nie wierza w centralnosc religii chrzescijanksiej, uwazaja chrzescijanstwo jako jedna z drog do Boga
  • Progresywni Chrzescijanie to nie to samo co Liberalni Chrzescijanie ale to juz moze kiedys inna notka...


Na koniec moich krotkich rozwazan o chrzescijanstwie progresywnym, progresywne wyznanie "winy" w jezyku angiekskim:

PRAYER OF CONFESSION

O God, we acknowledge that we have not fully used all the gifts which you have given us.

You have given us eyes but we have not always noticed the beauty of the world nor the hurts of other people.

You have given us ears but we have not always heard the songs of nature nor listened to what people are really saying.

You have given us fingers but we have not always felt the world with reverence nor touched other people as tenderly as we could.

You have given us a sense of smell but we are part of a society which pollutes the air as well as the earth, the rivers and the sea.

All: HELP US, STARTING FROM NOW, TO ENJOY OUR SENSES AND TO WORSHIP YOU WITH OUR SEEING AND HEARING, OUR SENSE OF SMELL AND OF TOUCH, AS WELL AS WITH OUR THINKING.


niedziela, 26 lipca 2015

drabina wnioskowania



Ostatnie trzy dni spedzilam na szkoleniu dla osob zarzadzajacych w naszej organizacji. Intensywne szkolenie trwajace caly rok, z trzema sesjami trzy-dniowych wykladow, z zadaniami do drobienia i dwoma duzymi projektami. Zarzadzam zespolem juz od szesciu lat i wiele tej wiedzy zdobylam w bolach i uczac sie na bledach - jestem wiec zachwycona ze wreszcie moja organizacja wziela sie za porzadne szkolenie swoich menadzerow. Nabralam olbrzymiego apetytu na wiedze w tym zakresie - to szkolenie jest bardzo praktyczne, robimy duzo cwiczen sytuacyjnych i jestem przekonana ze wiele z tej nauczonej teorii bede miala mozliwosc zastosowac w pracy.

Ten blog pisany po polsku pozwala mi nie tylko na praktyke jezyka polskiego, ale tez na internalizacje i przyjmowanie za własne poglądów, postaw, norm i wartości ktorych doswiadczam tutaj w tym moim amerykanskim zyciu. Poniewaz moje wartosci i przekonania ksztaltwaly sie w Polsce, to zlapalam sie na tym, ze czesto potrzebuje pomyslec o tej nowo-nabytej wiedzy po polsku aby ona weszla na moj glebszy, emocjonalny poziom. Ciekawa jestem czy inni emigranci tez tego doswiadczaja, czy sa jakiegos badania naukowe w tej dziedzinie?

Wyglada na to ze pomalutku zatoczylam pelne kolo - przyjezdzajac do USA nie rozstawalam sie ze slownikiem - stary, mocno zniszczony, obklejony tasma slownik polsko -angielski poszedl juz w odstawke - teraz czesto korzystam z elekronicznego slownika angielsko-polskiego. Szukam slow ktorych czesto nie znalam wyjezdzajac z Polski 26 lat temu. Te nowe slowa, pojecia, teoria jest tlumaczona na jezyk polski, stosowana w polskiej rzeczywistosci - bardzo, bardzo mnie to cieszy.

Dzis o jednej lekcji z mojego kursu: a ladder of inference czyli o drabinie wniskowania.

Kilka lat temu kiedy zaczytywalam sie w mojej ukochanej buddyjskiej nauczycielce Pemie Chodram bardzo trafialy do mnie wtedy jej refleksje o tym jak nasze reakcje sa czesto zdeterminwane historiami ktore tworza sie w naszej glowie pod wplywem naszego nawykowego myslenia, przeszlych doswiadczen a ktore tak naprawde sa malenkim strzepkiem obiektywnej rzeczywistosci. Pamietam ze byl to okres kiedy postanowilam zmienic fabule myslenia o sobie jako o ofierze, i zeby to zrobic musialam sie zmierzyc ze swoimi automatycznymi reakcjami i lekami. Wtedy tez zaczelam praktywac "widzenie" swoich mysli i jesli zaczynaly zacinac sie jak na starej winylowej plycie, potrafilam zdac sobie sprawe z tego co sie dzieje ( stara plyta!) i pchnac nieco w przod ta igle gramofonowa - innymi slowy, potrafilam sobie powiedziec- zarzuc siostro ta fabule, bo sie krecisz w kolko. Jesli zareagujesz tak jak zawsze to prawdopodobnie bedziesz miala tak jak zawsze rezultat - zastanow sie czy masz wybor aby zareagowac inaczej. Ta praktyka, czesto nazwana uwaznoscia, pozwolila mi zdecydowanie stac sie osoba mniej reaktywna.

(Doszlam do tych nowych umiejetnosci poprzez moje kilkuletnie zainteresowanie buddyzmem, ktore zdecydowanie ofiarowuje wiele wspanialych narzedzi na rozszerzenie naszej perspektywy, zwolnienia naszego nawykowego myslenia opartego na naszych doswiadczeniach i przekonaniach i zastanowieniu sie czy te stare przekonania sa dobrym filtrem w obecnej sytuacji.)

I oto po kilku latach na odleglym od wszelkich religii kursie dla kadry zarzadzajecj spotkalam sie z tym samym tematem przedstawionym w bardziej "naukowej" formie.

Okazuje sie ze w teorii zarzadzania ta "szybkosc tworzenia fabuly myslowej" ma fachowa nazwe:

Drabina wnioskowania.

Pod wplywem silnego , emocjonalnego impulsu potrafimy przeniesc z pierwszego szebelka naszego myslenia na ostatni siodmy z szybkoscia niemal swiatla. Czyli innymi slowy pod wplywem impulsu wyciagamy blyskawicznie wnioski i czesto reagujemy bez jakiejkolwiek refleksji. W zwolnionym tempie, nasz procesmyslenia ktory odbywa sie w tym krotkim czasie pomiedzy impulsem a reakcja wyglada tak:

Jest impuls. Na pierwszym szczebelku widzimy cos, slyszymy, doswiadczamy ale jeszcze nie oceniamy - troche tak jakbysmy ogladali ta sytuacje ale w niej bezpesrodnio nie uczestniczyli. Na drugim szczebelku zaczynamy filtrowac ta sytuacje. Wybieramy fakty ktore sa nam znane kierujac sie nasza wiedza lub doswiadczeniami i klasyfikujemy te wybrane fakty wg znanych nam schematow. Pniemy sie w gore, kolejny krok - i na szczeblu trzecim te niekompletne fakty staramy sie zrozumiec i wytlumaczyc tak aby mialy dla nas sens. Na szczeblu czwartym czynimy zalozenia na podstawie tych faktow ktore wybralismy do interpretacj. Szczebel piaty - wyciagamy wnisoki i kolejny krok- jestesmy juz przekonani o swojej racji i na szczeblu siodmym przystepujemy do dzialania.

W momencie stresu, pomiedzy bodzcem ( pierwszy szczebel) a reakcja ( szczebel siodmy) nie ma czesto zadnej pauzy.

Na tym moim szkoleniu uczono nas aby w konfliktowych, trudnych lub stresujacych sytuacjach zostac jak najdluzej na pierwszym i drugim szczeblu i aby nie pozwolic tej naszej starej fabule naszego myslenia wlaczyc sie automatycznie. Uczono nas sluchac i pytac tak aby zdobyc jak najwieksza ilosc informacji, a nie zeby sluchac to co sie chce uslyszec.

Przekonania, którymi się kierujemy w życiu mają duży wpływ na nasze decyzje, a ponadto działają jak filtry, które mogą „oświetlać” lub „zaciemniać” prawdziwe fakty. Takimi przekonaniami sa wartosci w ktorych wyrastalismy, tradycje religijne, doswiadczenia ktorych doznalismy w mlodosci - i to wszystko w jakims stopniu jest dla nas czesto swieta prawda.

Czasem jednak niezbedne jest aby tym swietym prawdom sie lepiej przyjrzec i jesli stoja nam te prawdy na drodze do zaangazowania, pelnego harmonii, dobrego, pelnego radosci zycia, to moze nalezy sobie powiedziec - siostro, czas zmienic fabule myslenia. Ostatnio przechodzilam przez okres dwoch miesiecy kiedy zaczelam wracac na te stare , destrukcyjne tory myslenia, lekow (miedzy innymi stare, wytarte przekonania typu; "mozesz w zyciu TYLKO liczyc na siebie, jak nie bedziesz ciezko pracowac to znajdziesz sie na ulicy", i inne podobne "swiete" prawdy. Te religijne zarzucilam juz bardzo dawno, i to byl dlugi i bolesny proces ale o tym w innej notce.). Drop the storyline. Przerwij fabule swojego myslenia jesli Ci ona nie sluzy.

I tak oto moje praktyki medytacyjne, praktyki joginow (ktora wlasnie maja na celu zwolnienie naszych procesow myslowych, zwiekszenie naszej umiejetnosci koncentracji nad obecnym momentem, zauwazenia historii prezentowanych nam przez nasze myslenie) nagle nabraly glebokiego sensu nie tylko jako narzedzia pomagajace mi zyc pelniej i szczesliwiej, ale tez jako narzedzia pomagajace mi byc lepszym manadzerem - osoba ktora ma duza odpowiedzialnosc wspierania ludzi w swoim zespole tak aby mogli realizowac swoj pelny potencjal.

sobota, 18 lipca 2015

zagubiona w tlumaczeniu

Sa takie slowa w jezyku angielskim ktore ciezko mi przetlumaczyc na jezyk polski:
self-care
wellbeing 
balance
thrive

Oznaczaja one madre, integralne , wielowymiarowe dbanie o siebie. Self- care -samo-opieka. Wellbeing - bycie w dobrym stanie. Thriving- rozkwitac?

Jest cos holistycznego, wielowymiarowego w tych okresleniach, ktorych odpowiednikow nie moge znalezc w jezyku polskim. Tych slow nie czuje w jezyku polskim.

Ucze sie wiec  tych nowych konceptow. Ba, nie tylko sie ich ucze ale praktykuje. Jestem odpowiedzialna za swoje well-being (dobre-wielomywiarowe-bycie.)

Wyroslam w domu  "gdzie zajmowanie soba bylo proznoscia". "roztkliwanie sie nad egocentryzmem. Religia w ktorej sie wychowalam nauczala mnie ze jestesmy niegodni, winni, nieudolni i ze sensem zycia na tym swiecie jest cierpienie w imie nagrody po smierci.  Z drugiej strony w Polsce w ktorej wyrastalam ( biednej wtedy bardzo) tak czesto ocenialo sie ludzi po tym w co sie ubierali, jak mieszkali. U mnie w domu nacisk stawiany byl na edukacje,  - wzrastajac czulam sie biedna ale madra. Lubilam sie uczyc, mialam dobre oceny ale za nic w swiecie nie chcialam byc w grupie kujonow . Pomieszanie z poplataniem. Pewno troche jak w zyciu kazdego mlodego czlowieka. U mnie do tego jeszcze nalozyla sie emigracja. W wieku gdy myslalam ze juz jestem mniej wiecej uksztaltowana ( 24 lata) wyjechalam do kraju ktory byl dramatycznie rozny od kraju rodzinnego. W tym nowym kraju wiele wartosci nauczonych sie w poprzednim zyciu ( takie jak np. skromnosc, pokora,) staly sie troche balastem. W tym kraju ceni sie ludzi odwaznych, samodzielnych, niezaleznie myslacych , znajacych swoja wartosc i  pracowitych. Zaczela wiec sie kolejna mozolna nauka . Dlugo, bardzo dlugo zylam w tym mentalnym okraku pomiedzy oceanem, jednak widze tak wyraznie  w ciagu kilku ostatnich lat stanelam juz dwoma nogami na tym amerykanskim gruncie. Wiem kim jestem. Znam siebie. Lubie siebie. Rozumie siebie. Wiem jakimi wartosciami chce kierowac sie w swoim zyciu. Wiem jacy ludzie dodaja mi energi, powoduja ze wzajemnie sie napelniamy. Czuje sie komfortowo w swojej wierze i swojej orientacji politycznej. Musze przyznac ze byla to bardzo mozolna droga, i wiem dobrze ze  w zyciu nie da sie spoczac, ze caly czas chce aby to byla zaangazowana i swiadama droga. Ale, ale ...czuje ze nauczylam sie jak lepiej przemierzac ta droga, kiedy troche przycapnac i odpoczac, kiedy podbiec... 

Co to ma wszystko wspolnego z ta samo-opieka wspomniana na poczatku tej notki? Otoz to ze to moje nieudolne, raczkujace samo-opiekowanie przyczynilo sie ze jestem w tym lepszym miejscu swojego zycia. Wciaz mam napady pracoholizmu napedzanego lekiem o byt, wciaz zmagam sie z wieczorami gdzie lodowka jest moim najlepszym pocieszycielem - ale zdarza sie to coraz rzadziej. Potrafie uslyszec ten stary impuls i przetlumaczycv go na bardziej konstruktywne dzialanie. 

Lato tutejsze jest bardzo zjadliwe - moge z reka na sercu powiedziec ze mimo staran, organizacji, planowania funkcjonuje w lecie gdzie tak na 60%. Mamy tutaj  klimat podzwrotnikowy - wilgosc i upal obezwladniaja. Do tego dochodzi bardzo, ale to bardzo goracy okres w pracy.  Trzy duze konferencje, oraz jak to ja prywajaca sie czesto z motyka na slonce, postanowilam w pracy wydac ksiazke. Wydamy ta ksiazke tej jesieni i juz sobie obiecalam ze bedzie to ostatnie zadanie dla tej mojej nieszczesnej motyki. Nie mam juz aspiracji dotarcia do slonca, chce chodzic wolniej, radosnie i miec wiecej czasu na tej pieknej ziemi.

Motywem przewodnim tego blogu przez nastepny miesiac bedzie self-care (samo-dbanie). Zauwazylam ze to samodbanie musi byc na mojej codziennej liscie tak samo jak wszystkie inne projekty w pracy. Jesli tego nie ma, to jest to pierwsza rzecz ktora zostaje nie zrobione.

Tutaj znalazlam taka liste co pomaga w tym samodbaniu:



Chce troche zautomatyzowac ta samo-opieke. Wprowadzic jakis harmonogram, aby w momentach kryzysowych wlaczal mi sie autopilot. 







niedziela, 5 lipca 2015

Kot w pustym mieszkaniu
Umrzeć - tego nie robi się kotu.
Bo co ma począć kot
w pustym mieszkaniu.
Wdrapywać się na ściany.
Ocierać między meblami.
Nic niby tu nie zmienione,
a jednak pozamieniane.
Niby nie przesunięte,
a jednak porozsuwane.
I wieczorami lampa już nie świeci.
.
.
.


Cos się tu nie zaczyna
w swojej zwykłej porze.
Cos się tu nie odbywa
jak powinno.
Ktoś tutaj był i był,
a potem nagle zniknął
i uporczywie go nie ma.




A co ma zrobic czlowiek z pokojem bez kota? Z pustym fotelem? Z tym rankiem 
co tak inaczej sie zaczyna? Z wejsciem do domu nie takim jak zawsze? 
Z pustka pod nogami? Z cisza kuchenna? Z katem lozka nieprzytulnym? Niby tak samo a inaczej.

Kot tutaj był i był,
a potem nagle zniknął i uporczywie go nie ma.

Tego sie ludziom nie robi!


niedziela, 14 czerwca 2015

Projekt weekendowy: miniwakacje

Kontynuuje swoj tegoroczny projekt - weekendowe mini-wakacje. Jak wymyslilam ten projekt? Zrodzil sie on ze zwyklej ludzkiej zazdrosci!

Od kilku lat solidnie pracuje nad swoim mysleniem - gleboko wierze w to ze swiat wokol nas w duzym stopniu jest przedluzeniem naszych mysli. Jest bardzo wazne dla mnie abym byla integralnym czlowiekiem tzn abym dotrzymywala slowa (mialam z tym kiedys klopot), miala gleboki szacunek do ludzi w moim zyciu (co tez oznacza szacunek dla siebie samej i mocne bariery psychologiczne - zorientowalam sie ze te dwie rzeczy sa nierozlaczne) oraz byla czlowiekiem prawdomownym. Ostatnio tez bardzo pracuje nad tzw. przestrzenia w moim mysleniu. Nasze mozgi maja tendencje wyciagania szybkich wnioskow, automatycznej klasyfikacji i  generalizowania. Ponoc to sprawa tej nieszczesnej wolnej ewolucji naszych mozgow - one wciaz reaguja na zagrozenia ( prawdziewe lub postrzegana) starymi mechanizmami sprzed tysiecy lat - walki lub ucieczki. Nasza automatyczna tendencja do szybkiej analizy ma pomoc nam w przezyciu, lub poradzenia sobie z niebezpieczenstwem. W obecnym czasie niebezpieczenstw ktore zmuszalyby nas do walki lub natychmiastowej ucieczki nie ma az tak wiele, wiec ten mechanizm obronny nie jest az tak bardzo potrzebny. Bedac tego swiadoma, bardzo pracuje nad tym aby automatycznie nie klasyfikowac ludzi. Po pierwsze to ocenianie, porownywanie  jest najczesciej projekcja naszych mysli, naszych doswiadczen, naszych naszego braku wiary w siebie czy tez projekcja naszych pragnien;  a po drugie niezwykle to splyca nasze relacje z innymi ludzmi. Ilez to razy bylam niezwykle mile zaskonczona jakoscia rozmowy z kims , kto na powierzchni wygladal jak szara myszka, lub mniej mile zaskoczona kto wydawal mi sie z pozoru niezwykle interesujacym czlowiekiem.

Ale wracajac do moich weekndowych mini wakacji - pomysl zrodzil sie z czystej, nieukrywanej zazdrosci. Social media, szczegolnie Facebook ma to do siebie ze jest szklem powiekszajacym intersujacych doswiadczen. Malo kto dzieli sie zdjeciami ze  sprzatania kociej kuwety, mycia podlogi, sprzatania zapapranej lodowki  czy placenia rachunkow (fascynujaca czesc mojego mini-wakacyjnego weekendu). Nie, Facebook jest pelen zdjec z  niezwykle intersujacych  podrozy, pieknych kwiatow, zadbanych ogrodow czy przebiegnietych maratonow. ( Oczywiscie, wiele z tych triumfujacych zdjec to moje!).

Lata ze wzgledu na upiorny klimat tutaj oraz  rytm mojej pracy sa dla mnie bardzo ciezkie. Jest to bardzo intynsywny okres zawodowo oraz mam okolo 2/3 tyle energii co podczas chlodniejszych miesiecy. Z poczatkiem czerwca kiedy to na Facebooku rozpoczely sie globalne wakacje, mnie taka troche  niekontrolowana zazdrosc zaczela ogaraniac. A zazdrosc moze byc albo konstruktywna, albo absolutnie kompletnie nieproduktywna. Zazdrosc konstruktywna to ta ktora komunikuje nam jakis brak w naszym zyciu. Potem mozna sobie z  ta informacja sobie usiasc i zastanowic sie co tez to mozna  zrobic aby ten brak wypelnic. Zazdrosc niekonstruktywna to wiadomo taka jak ta tego  psa ogrodnika, ja nie mam to nie chce bys ty mial - takie podswiadome bojkotowanie i sciaganie innych w dol. Sama tego doswiadczylam, byly czasy ze lapalam na takim mysleniu  - bardzo sciagajaca postawa dla wszystkich zaintersowanych,  wiec bardzo tego myslenia pilnuje.

Zazdroszczac wiec konstrukcyjnie tych wszystkich pieknych wakacji usiadlam  sobie  sama ze soba i stwierdzilam ze  w tygodniu jestem bardzo zajeta, ale w weekendy moge przeciez sobie organizowac jakies wyprawy. Postanowilam ze co weekend zobacze cos nowego, poznam jakas inna czesc mojej okolicy oraz zapewnie sobie jakas atrakcje. Zadnych projektow, zadnych remontow - minimum prac domowych podczas letnich miniwakacji.

Bingo! Okazuje sie ze mieszkam w niezwykle fajnym miejscu juz 26 lat ale  wciaz wiele mam do odkrycia. Dzis np. spedzilam pare godzin na fanatastycznym festiwalu jazzowym - 15 minut od mojego domu. Wczoraj przejechalam ponad 20  km przepieknym szlakiem rowerowym. Weekendy weekendami - ale dodatkowy bonus tyh planow jest taki ze te miniwakacje w jakis sposob rozciagaja mi sie na caly tydzien podczas ktorego czytam lokalne blogi, planuje trasy rowerowe i szukam lokalnych imprez...

Zazdrosc konstrukcyjna  to ta  ktora wyzwala w nas samych energie do zmian. Przydaloby sie troche zdjec z tych moich miniwakacji ale te wyladowaly oczywiscie na Facebooku. ( i dobrze, bo majac te swoje miniwakacje moge sie bardzo szczerze cieszyc i autentycznie interesowac globalnymi Facebookowymi waacjami.)

Mialam tez napisac dwa przypisy nowych salatek (w ramach mojego wyzwania co weekend to nowa salatka) ale zrobilo sie bardzo pozno... Przepisy przetlumaczone wiec bedzie to szybki wpis w tygodniu w ramach systematycznego pisania bloga.

czwartek, 11 czerwca 2015

Czwartek

Moment decyzji. Ja decyduje o tym jakie bedzie to moje lato. Obiektywnie mowiac lato to najciezszy okres dla mnie. Po 26 latach mieszkania w tym trudnym letnim klimacie wciaz reaguje na te wilgotne upaly bolami glowy oraz brakiem energii. Moj wybor: czy bede sie mocowac ze swoim organizmem i ze zloscia popedzac go do wysilku, czy tez ze zrozumieniem dla niego zorganizuje mu  najlepsza codzienna opieke jaka jest mozliwa w tych warunkach. Szczerze mowiac czuje troche zazdrosci ogladajac europejskie raporty wakacyjne. W Europie czas w lecie zwalnia sie troche, u nas w tym okresie jest to najintensywniejszy okres w pracy. Co mi moze pomoc:

  • Puste i czyste biurko w pracy. Chaos fizyczny wokol mnie bardzo doklada sie do mojego chaosu myslenia. 
  •  W okresach stresu mam tendencje porzucic wszelkie planowanie i niczym czolg pracowac bez zadnej strategii. W grudniu bylam na wspanialym szkoleniu z zakresu efektywnosci pracy - podstawa efektywnosci jest pracy jest dobre planowanie. Planowanie to wlasnie to dzialanie ktore jest w cwiartce czasu z czynnosciami niepilnymi a bardzo waznymi.
Dzis w pracy spedze 30 minut na te dwie czynnosci. I dla przypomnienia dla siebie:

But until a person can say deeply and honestly, "I am what I am today because of the choices I made yesterday," that person cannot say, "I choose otherwise.” 
― Stephen R. CoveyThe 7 Habits of Highly Effective People: Powerful Lessons in Personal Change

Moje wolne tlumaczenie: Dopoki czlowiek sam przed soba,  z pelna uczciwoscia wobec siebie nie  jest w stanie  przyznac ze tym kim jest dzisiaj zawdziecza wyborom i decyzjom ktore podjal wczoraj, to ten czlowiek nie  da rady powiedziec do siebie - podejmuje taka decyzje, to  ja decyduje jak reaguje na to co swiat mi serwuje.

Biore pelna odpowiedzialnosc za to kim jestem dzisiaj. Zawdzieczam to w duzej mierze decyzjom i wyborom ktore uczynilam w przeszlosci ( Wiele z nich bylo doskonalych , wiele z nich bylo kiepskich. ) Dzis bede podejmowac kolejne decyzje. Moga one byc automatyczne, takie jak zawsze, ale tez moga byc swiadome ze kazda z tych decyzji to maly krok w kierunku pelniejszego zycia ( ktore niekoniecznie jest zyciem latwiejszym!) Ja decyduje jak odpowiem na ten letni stres w pracy - czy porwie mnie niczym wodospad Niagara, czy bede w stanie zatrzymac sie w tym naplywie wszystkich obowiazkow i kontrolowac moje reakcje.  Ja zecyduje jak chce zainwestowac swoj ograniczony czas  mojego zycia. (Wczoraj byla to Niagara z pelna sila i niestety destrukcyjnym, kompulsywnym jedzeniem wieczorem - stad ta notka. Ale dzis jest nowy dzien!)