niedziela, 29 marca 2015

Sila emocjonalna

Z grudnia zrobil sie marzec. W miedzyczasie skonczylo mi sie 50 lat. Pol wieku. Na dwoch kontynentach.

Ale poniewaz obecne 50 lat jest podobno nowa 40ka wiec w to nowe polwiecze weszlam z piersia dumnie wypieta i glowa podniesiona.  Wszyscy ktorzy przeszli ten prog zapewniaja ze po tej drugiej stronie jest dalej zycie pelne i radosne. A ze mam to szczescie pracowac w organizacji ktorej dzialanosc opiera sie na kontrybucji naszych wspanialach wolontaruszy, wiec inspiracji mam co niemiara, bo ci woluntariusze to najczesciej ludzie na emeryturze, pelni pasji i checi dolozenia swojej cegielki do ogolnego dobra.

Mimo pozytywnego nastawienia do swojej 50ki chyba w ostatnich miesiacach przeszlam lekki kryzys i uswiadomilam sobie ze wciaz zmagam sie dosc dotkliwie ze skutkami swojego wspoluzaleznienia. Wciaz  pewne moje granice psychiczne sa ruchliwe, zwlaszcza w kontaktach z moja bliska biologiczna rodzina, ktora kocham jak ta wariatka, ale w stosunku do ktorej mam nieco nierealne oczekiwania wypelnienia moich potrzeb, (poniewaz sama ich nie wypelniam). I za to biore pelna odpowiedzialnosc. Zdobylam sie na kilka dosc bolesnych, szczerych do bolu rozmow i widze w pelni swoja nedojrzalosc w tej dziedzinie. Byc moze dlatego ze jest mnie dwie - ta osoba ktora przed latami wyjechal z Polski ( co dopiero podnoszacej sie do demokracji), pelna lekow, pelna kompleksow i obaw, i ja dorosla uksztaltowana w USA, kraju o kompletnie innej mentalnosci, innych wartosciach . Moze dlatego podczas tych powrotow i kontaktow z moja polska rodzina wracam do tej zbuntowanej nastolatki. Sporagniona milosci i uwagi wpadam w zycia ktore od lat tocza sie beze mnie i oczekuje ze te krotkie pospieszne wakacje wypelnia moja potrzebe bliskosci, kontaktu - niestety czesto zostawiaja pustke. Bolesna cena emigracji.

Ten wpis mial jednak byc o czyms innym. Z radoscia melduje ze zrobilam olbrzymi postep w zakresie swojej relacji z jedzeniem - duzo gotujemy w domu, praktycznie wyeliminowalam cukier ze swojego jadlospisu - czuje sie zdecydowanie lepiej. Mysle ze moge  powiedziec ze wyrobilam nowe nawyki zywieniowe. Zajelo mi to w sumie cala zime, i patrzec w tyl, najwaznieksze przede wszyskim bylo gotowanie i planowanie posilkow na caly tydzien. To planowanie nie jest scisle - gotujemy zupe, roznego rodzaju warzywa, rybe i jakies mieso. W tygodniu "klecimy" ale najwazniejsze jest zeby bylo z czego klecic. Teraz kiedy moze wreszcie dotrze do nas ta wiosna chce sie zabrac za jakis solidny program ruchu. Joga jest cudowna ale po 50tce zdecydowanie trzeba wdrozyc cwiczenia silowe.

Wciaz nie mam konceptu na ten blog - postanowilam ze bede uzywac go jako narzedzie - wspierajaco- dokumentujace moje wzrastanie, tak po prosty spontanicznie, kiedy bede mogla pisac.

Dzis chcialam zlapac pare mysli z doskonalej ksiazki Amy Morin pt. "13 rzeczy ktorych silni emocjonalnie ludzie nie robia" Fajna ksiazka, potwierdzajaca wiele moich doswiadcze, Oto  lista z moimi komentarzami:

1. Nie traca czasu i energii na roztkliwanie sie nad soba. ( Zycie nie jest sprawiedliwe. Jestesmy uwaunkwani ta wieloma czynnikami i naszym zadanie jest przyjac nasze karty i zrobic z nich jak najlepszych uzytek. Czasem te najslabsze karty potrafia byc atutem!)
2. Nie oddaja wladzy nad swoimi rekacjami i emocjami. ( Jednym slowem maja kontrole nad swoimi myslami, maja swoje silne wartosci i sa sobie oparciem.)
3. Nie boja sie zmian.
4. Nie koncentruja sie na rzeczach nad ktorymi nie maja kontroli
5. Nie martwia sie aby kazdy sie dobrze czul w ich towarzystwie, lub dobrze o nich myslal. 
6. Nie boja sie podjac przemyslanego ryzyka.
7. Nie zyja w przeszlosci.
8. Nie robia wciaz  tych samych bledow.
9. Nie zazdroszcza innym sukcesow. 
10. Nie poddaja sie po pierwszej porazce. 
11. Nie obawiaja sie czasu spedzonego z samym soba.
12.Nie czuja ze swiat jest im czyms winnym.
13. Nie oczekuja natychmiastowych rezultatow.





czwartek, 25 grudnia 2014

Swieta Bozego Narodzenia 2014

Juz? Juz prawie koniec grudnia? kolejny rok? Gdzie i kiedy?

W tym roku swieta uplynely mi we wdziecznosci. We wdziecznosci przede wszystkim za tak latwa mozliwosc kontaktu z rodzina w Polsce. Pamietam, kiedy dotarlam tutaj za ocean 25 lat temu - telefon do Polski byl olbrzymim luksusem- 25 centow za minute, wiec dawkowany byl oszczednie - krotkie, szybkie rozmowy zostawiajace zawsze niedosyt. Teraz mozna rozmawiac ile sie chce, i jak dlugo sie potrzebuje. Dzieki temu swieta uplynely mi bez tej tradycyjnej nostalgii emigracyjnej.

Swieta tez uplynely mi bez tradycyjnego stresu - zdecydowanie zerwalam z meczenska tradycja nieskazitelnego swiatecznego porzadku oraz mojej nierelanej aspiracji wykreowania atmosfery swiat z mojego dziecinstwa. Mialam dwa pelne dni na przygotowanie sie, i zrobilam tyle ile bylam w stanie aby bylo nam milo i przyjemnie. I bylo.

Kilka dobrze wybranych prezentow. Pare swiatecznych potraw - tych ulubionych kazdego z nas. Niekoniecznie tradycyjnych ale swiatecznych., Poddekorowany dom. W ramach medytacji swiatecznych umylam nasze wielkie okno - w tym przedswiatecznym sprzataniu jest cos duchowego, porzadkujemy materie, usuwamy to co zbedne, ukladamy, czyscimy...Mimo ze bylam tak bardzo zajeta tej jesieni, napisalam tradycyjne kartki. Ogolnie - swieta spedzialm jak napelniej tylko moglam w tej naszej emigracyjnej  rzeczywistosci. Byly radosne, pelne ciepla i milosci i za to jestem niezwykle wdzieczna.

Na koniec roku dostalam z pracy wspaniale szkolenie w  Nowym Yorku. Wlasciwie, nie bylo tak ze dostalam - znalazlam to szkolenie i poprosilam. Podczas rocznej oceny pracy na moje pytanie co moge w przyszlym roku poprawic moja szefowa poprosila o to bym pracowala z wiekszym spokojem. Trafila w sedno bowiem byl to niezwykle ciezki rok w pracy - efektywny, lecz bardzo ciezki. W jesieni czulam sie juz bardzo wypalona i zmeczona.

Od wielu, wielu lat jestem fanem szkolen  Stevena Covey'a. Szkolenia Covey’a zawsze koncentrowaly sie na tym  co tak naprawdę jest ważne. Mimo ze te szkolenia byly zwiazane z praca, uwzglednialy one wartosci, priorytety i cele do zrealizowania, oparte na  zasadzie wygrana- wygrana. (Szukamy takich rozwiazan aby rezultaty przyniosly wszystkim korzysc.)  Lubie gleboka spojnosc tych szkolen, i kazde z nich bardzo motywowalo mnie do kolejnych zmian. To ostatnie bylo zatytulowane "5 wyborow sprzyjajacych  wyjatkowej produktywnosci". Tytul brzmi troche przytlaczajaco - wyjatkowa produktywnosc sugeruje wiecej pracy. Jednak to szkolenie, koncentrowalo sie na organizowaniu pracy tak aby jak najwiecej swojego czasu przebywac w sferze rzeczy waznych i niepilnych. Ale aby tam sie znalezc, wczesniej trzeba sobie uswiadomic co jest dla nas wazne...

Przywiozlam duzo intersujacych materialow i mam zamiar odrobic solidnie wszystkie zadania z tego szkolenia aby w ten nowy rok placowy wejsc ze solidnym planem.

Moja koncentracja na zdrowiu w drugiej polowie 2014 roku pomalenku zaczyna przynosic rezultaty. Dramatyczna refleksja na temat relacji ze swoim cialem  trwala we mnie przez dosc dlugi okres po wyrzuceniu tego z siebie. Jestem zadowolona ze wyszlo to ze mnie, ze uswiadomilam sobie jak bardzo dysfunkcjonalana jest ta strona mojego zycia. Niemalze z dnia na dzien zmienilam dramatycznie sposob odzywiania -zaczelam planowac posilki na caly tydzien, wyszukiwac ciekawe przepisy, gotowac, kupowac zywnosc ekologiczna i.... znajduje w tym wiele radosci. Pochlania to sporo czasu, ale zdrowe odzywianie zdecydowanie jest w obszarze moich waznych spraw. Wyeliminowalam calkowicie cukier, nauczylam sie rozpoznawac glod, posilki sa radosnym, oczekiwanym wydarzeniem. Jem chyba wiecej niz wczesniej - ale w kazdym posilku mam duza dawke warzyw, troszke owocow -  nie mam specjalniej diety, nie waze, nie mierze - slucham swojego organizmu. Waga pomalutku leci w dol - w pierwszym miesiacu 5 kg, w tym miesiacu 2 kg - pomalutku, systematycznie doprowadzimy i ten obszar mojego zycia do dobrego miejsca. Czuje sie fizycznie zdecydowanie lepiej niz dwa miesiace temu, i mam zamiar systematycznie poswicac temu czas i energie.

Pomalenku wchodze w okres formulowania intencji na rok 2015. Mam kilka marzen , ktore beda wymagaly dobrego planowania. Mam tez nadzieje ze moj nowy, przepiekny omputer ktory wczoraj przyniosl mi tradycyjny amerykanski Santa bedzie sprzyjal mojej czestszej bytnosci na tym blogu.




środa, 22 października 2014

iles tam dni do 50 lat

Bardzo deszczowy i ponury ranek. Wstalam bardzo wczesnie w okolicach piatej godziny i mimo ulewnego deszczu podjechalam na sesje jogi. Gdyby ktos powiedzial mi kilka lat temu ze to joga wlasnie stanie sie moja pasja, to bylabym co najmniej bardzo zdziwiona. Ja i joga? Joga wymagajaca uwagi, dokladnosci, trwania sam na sam z oddechem, z emocjami? Ja ktora musialam zawsze wiecej, szybciej i najlepiej zebym byla pierwsza?

Lubie bardzo ta srodowa joge o poranku. Praktykuje joge juz od czterech lat i znam niemalze wszystkich nauczecieli jogi w okolicznych studiach. Francine jest nowa instruktorka - kiedys razem spotykalysmy sie na praktykach u tych samych nayczycieli. Francine prowadzi swoje zajecia w tradycji "hatha joga". Asany (cwiczenia)  w tej tradycji wykonywane sa w stanie zrelaksowania i wyciszenia - po godzinie takiegoi skupienogo ruchu, latwiej jest o ta uwaznosc, ktora ma tendencje zanikac w pospiechu i presji codziennej.

Wciaz rozmyslam nad tymi moimi dosc intensywnymi  niedzielnymi refleksjami - i na mysl przychodzi mi cytat Pemy Chodron - ze pewne sytuacje w naszym zyciu beda z nami tak dlugo az czegos nas naucza, albo inaczej ze te sytuacje nas nie opuszcza dopoki nie naucza nas tego co powinnismy wiedziec. I zorientowalam sie ze ta moja uporczywa otylosc,  w sumie nabyta bardzo gwaltownie podczas umierania mojego ojca, i innych bliskich czlonkow rodziny ( mielismy w rodzinie kilka lat smiertelnej epidemii nowotworow, oraz wypadek mojego syna) doprowadzila mnie do miejsca gdzie naprawde musialam sie zmierzyc z wieloma demonami w moim mysleniu. Troska o swoje wielowymiarowe zdrowie bedzie powolnym i systematycznym procesem, polegajacym na zmianie pewnych gleboko wrosnietych we mnie nawykow, ale poradzimy sobie.

Kiedy sioe rozumie, kocha, i jest sie w stanie solidnego kontaktu ze soba, to w sumie niemozliwym jest byc destrukcyjnym w stosunku do siebie....Mysle ze ta uporczywa otylosc miala mnie wlasnie tego nauczyc, doprowadzic do tego miejsca....

Dzis czuje sie bardzo zmeczona. zadzwonilam i wzielam dzien wolnego. Zazwyczaj kazdy dzien wolnego to frustrujaca lista zadan do zrobienia. Moja dzisiejsza lista - wyspac sie  :) A reszte - reszte zrobie jesli bede miec sile.




niedziela, 19 października 2014

146 do 50!

Ohhhhh!!!!!! Ahhhhhh!

Postawilam sprawe na koncu noza. Na absolutnej koncoweczce noza.
Powiadzialam sobie - nie przezyje zycia jako pracoholik. Nie bede zyla kolejnego roku w tym zwariowanym pospiechu, w takim stresie o czym zapomnialam, co musze zrobic, jaki termin na mnie czyha. Nie bede  miala snow zwiazanych z praca. Nie bede odpowiadala na emaile pracowe w sobote rano. Nie bede mieszkala w hotelu przy pracy bo spotkania 12-godzinne i mi sie do domu nie oplaca przyjezdzac.

 Powiedzialam sobie ze albo wywalcze ten etat dla mojego zespolu, albo oddam jeden program ( probowalam ale sie nie udalo) albo odchodze z organizacji w ktorej pracuje od 15 lat. Nigdy, przenigdy nie bylam  "przy mezu" - ( kiedys w sadzie moja sasiadka pytana w sadzie  o zawod, odpowiedziala - przy mezu)_, ale doszlam do miejsca w moim zyciu ze bycie przy mezu stalo sie niezwykle, ale to niezwykle atrakcyjna perspektywa. Bardzo atrakcyjna. Jak w latach 50 i w tej reklamie, ze "ona bedzie szczesliwsza z tym odkurzaczem w poranek Bozego Narodzenia". 


No wiec rozkrecilam i siebie i wszystkie moje polityczne znajomosci ( uswiadomilam sobie ze mam ich calkiem wiele po 15 latach solidnej pracy) i ha, ha,ha,- wyglada na to ze mnie z organizacji nie wyrzuca ( bye, bye perspektowo "przy mezu"), wniosek o nowa pozycje w mojej grupie poszedl w gore, a mnie zeby nieco ulagodzic  wysylaja  za dosc drogie szkolenie mojego podziwianego Steven Covey'a o ktore porosilam w styczniu.

I zeby bylo uczciwie i jasno. Walke te podjelam po glebokim przemysleniu sprawy:

1. Organizacja jest zamozna i dobrze sie w niej ostatnio dzieje.
2. Program jest solidny i potrzebny. Za programem stoi grupa bardzo zaangazowanych woluntariuszy, ktorzy potrzebuje wiecej wsparcia i pomocy.
3. Ja ledwo dycham i zaczynam byc zgorzkniala.
4. Ze zgorzknialej osoby organizacja nie ma pozytku, a ja tez nie chce byc zgorzkniala. Chce moja prace traktowac uczciwie i wykonywac najlepiej jak umie.  Majac tej pracy za duzo, jest to niemozliwe.
5. I dlaczego  nie mam stworzyc tego nowego stanowiska pracy? Komus ono moze byc bardzo potrzebne.

Wiec po dokladnym przyjrzeniu sie moim intencjom, po sprawdzeniu czy sa one zgodne zmoimi wartosciami, doszlam do wniosku ze tak i ze nalezyc walczyc.

I z pasja oddalam sie tej walce za cene kilku nieprzespanych nocy, kilku nieprzyjemnych rozmow. zaangazowania calej rodziny, ktora musiala wysuchiwac moich jekow ( rodzina wspierajaca!). Do czego zdazam???? Do tego ze taka refleksja potrafi dodac duzo sily i motywacji. Bo jak intencje sa zgodne z wartosciami, to droga zdecydowanie prostsza i energia wieksza.

Doslownie czuje sie jakbym od kilku lat w  jaskini siedziala i nagle taki wielki wejsciowy glaz zostal odsuniety... W jaskini wciaz bede do konca roku, ale przynajmniej swiatla nadziei troche bedzie....

Wracajac do tematu slonia blogowego

the elephant in the room - a problem or situation that everyone knows about but no one mentions)

Dzis mialam bardzo potezna refleksje. Dawno nie przezylam takiej lawiny uczuc. I bedzie powaznie teraz. Bardzo powaznie bo naprawde mialam wrazenie Sily Wyzszej w tym przezyciu.

Stanelam nago, nagusienko po kapieli  przed lustrem ( mam jedno w domu bo luster od zawsze unikam) , i doszlam do wniosku ze mimo duzych zmian wmoim mysleniu, moja relacja ze swoim cialem jest nieszczegolna. Teraz zdecydowanie lepsza niz  gdy bylam nastolatka, czy mloda kobieta, ale wciaz nie jest to wzorcowa relacja. I tak stalam przed tym lustrem, i po raz pierwszy w zyciu napelnila mnie tak olbrzymia wdziecznosc, za to ze mimo ze wlasciwie przez cale zycie bojkotowalam to cialo, one sluzy i sluzylo mi tak wiernie. Moj brzuch wynosil wspaniale dziecko, ktore pomalu staje sie cudownym mezczyzna. Moje piersi wykarmily ssaka poteznego, mimo ze nienormalne warunki w USA ( brak urlopow macierzynskich) zmuszaly mnie  kilka razy dziennie  do uzywania elektrycznej pomki do odciagania mleka. Moj kregoslup, mimo ze obciazony nadwaga i  dlugim siedzeniem przed komputerem - czasem mnie pobolewa, ale po dobrej sesji jogi jest mi solidnym fundamentem. Moje ladne stopy , male i zgrabne cierpliwie nosza dodatkowe kilogramy, malo tego calkiem sobie dobrze radza wsrod tych niekoniecznie zdrowych biegow z nadwaga.  To  samo kolana.

I obiecalam mojemu cialu ze to sie zmieni.Ze sie zprzyjaznimy. Ze bedzie dostawac najlepsze i najzdrowsze jedzenie w losciach takich jakie potrzebne mu jest do dobrego samopoczucia i funkcjonowania. Ze nie bede wykradac mu potrzebnego odpoczynku i snu kosztem moich nigdy
niezaspokojonych ambicji. Ze nigdy nie bede porownywac go do tych wszystkich idealow ktore serwuja nam reklamy. Ze nie bedzie torturowane zadnymi zbyt obciazajacymi sportami. Ze nie stanie sie kolejnym obiektem do odchudzania, poprawy, zmiany. Patrzylam na siebie, gola , golusienka i lzy laly mi sie ciurkiem.  Dlaczego przez tyle lat bylismy sobie wrogami?  Tak wiernie mi to cialo sluzylo.

Goilo rany, kiedy jako mloda dziewczyna cielam go zyletkami. Cierpliwie trawilo nadmierna ilosc jedzenia kiedy  zajadalam emocje do momentu ze nic nie czulam. Radzilo sobie z nadmiarem alkoholu  i nikotyny w mlodosci. Wciaz funkcjonowalo, gdy spalam tylko 3-4 godziny robiac doktorat. I momo ze zaczyna sie niecierpliwic pobolewajacym kregoslupem, kolanami i stopami, wciaz cierpliwie nosi te nadmierne kilogramy.

 W ramach przeprosin i prosby o przebaczenie pomalenku centymetr po centymetrze, naoliwilam to moje cialo peknym olejem o zapachu drzewa sandalowego. Wymasowalam swoje stopy kremem domowej roboty z dodatkiem szalwi i przypominajacym mi laki nowosadeckie. Wywietrzylam pokoj. Zmioenilam posciel na najpiekniejsza jak mam. Znalzlam swoja sliczna pizame. Przebralam kosmetyki - zostawilam tylko te najpiekniesze, naturalne. Wyjelam mydlo recznie robiene. Znalazalm piekny recznik.

Potem przygotowalam mu najpiekniejszy posilek - czerwone rzodkiewki, z bielutkimi koncoweczkami, bialy ser od krow co to po pastwiskach chodza, czarny chleb z malenkiej piekarni, kawa w pieknej filizance.

I usiedlismy sobie. Juz troche pogodzeni. Pelni milosci i bez pospiechu spedzlismy razem dzien. Jak para co po dlugiej klotni co postanawia zrobic wszystko co sie da aby zwiazek uratowac. Pelni nadziei na przyszlosc. I bedziemy sie wspierac. Wiem ze tak bedzie.  Poprosilam abymi pomoglo go zrozumiec.. Ja obiecalam sie ze sie wslucham, ze bede zwracac uwage, ze codziennie dam dawke milosci, ze mysli tylko dobre i pozytywne dopuszczac bede. Ze bede z niego dumna. Ze postaram codziennie dac mu troche  energicznego ruchu i slonca, ale bede sie wsluchiwac w niego i nigdy juz go nie przetrenuje. Ze jedzenie najlepsze, najczystsze, najzdrowsze - pelne kolorow, z pastwisk i ogrodow. Pelne radosci i milosci wprzygotowaniu. Z talerzy i filizanek pieknych.

Obiecuje Ci to moje piekne i zdrowe cialo. Obiecuje I przepraszam. I prosze o kolejna szanse.







poniedziałek, 13 października 2014

153 dni do 50

Ostatni tydzien byl jednym wielkim stresem. Nieprzespane noce, cukier, posilki na stojaco - pozbylam sie zludzen ze ciezka praca, uczciwoscia, idealami zmienie rzeczywistosc pracowa. Smutne, ale prawdziwe.  Byc moze cos sie zmieni, ale bedzie juz bardzo ciezko odbudowac moje zaufanie po ostatnich rozmowach z moim szefami, Czas na nowa strategie - nieangazowanie sie emocjonalne, ale zredukowanie ilosci pracy do 8 godzin.
Sprawdzilam ze do moich 50 urodzin jest 153 dni. Pracuy narazie nie zmienie, bo bo to szukanie pracy bedzie dla mnie wiekszym stresem, a i tak mamy plany bardziej dratycznych zmian mniej wiecej w ciagu dwoch nastepnych lat.)


W zeszlym roku przebieglam moj pierwszy 5 K w moje 49 urodziny.  tym roku moim prezentem dla siebie bedzie wejscie w ta moje drugie polwiecze ze zdrowa waga. Ostatni tydzien pokazala ze powinnam skoncentrowac sie nie tyle na odchudzaniu , ale na nauczeniu sie radzenia ze stresem i wciaz gdzies gleboko zakorzenionym perfekcjonizmem. Moja rozmowa z moja kuzynka jasno mi to uswiadomila. Albo wszystko albo nic. Musi byc biale, bielutkie, jak snieg - bo jak biale nie jest to od razu bardzo czarne jest.

Moja ukochana autorka napisala o perfekcjonizmie tak:

Perfectionism is the voice of the oppressor, the enemy of the people. It will keep you cramped and insane your whole life, and it is the main obstacle between you and a shitty first draft. I think perfectionism is based on the obsessive belief that if you run carefully enough, hitting each stepping-stone just right, you won't have to die. The truth is that you will die anyway and that a lot of people who aren't even looking at their feet are going to do a whole lot better than you, and have a lot more fun while they're doing it.” 
― Anne LamottBird by Bird: Some Instructions on Writing and Life



Perfekcjonizm to glos ciemiezcy, wroga ludzi. Bedzie utrzymywal cie w ciasnym zyciu, i bedzie zawsze przeszkoda pomiedzy Toba a Twoim (hmmmmmm) gowniana pierwsza proba . (Tak, tak wlasnie pisze  moja ukochana Anne.) Mam wrazenie ze ten perfekcjonizm daje Ci to obsesyjne zludzenie , ze jesli bedziesz bardzo ostroznza i dokladana, jesli kazdy nastepny Twoj krok bedzie wspanialy, idealny, to nigdy nie umrzesz. (Hmmm - u mnie chyba nie tak bardzo o ta smierc chodz, tylko o to ze bede miala kontrole nad zyciem, ze uratuje najblizszych od czyhajacych tragedii, ze uloze, pomoge, tak ze swiat bedzie zawsze dobry i piekny.) Prawda jest taka ze i tak umrzesz , i ze wiele ludzi ktorzy wcale sie nie zastanawiaja nadtym nastepnym krokiem, nie patrza na swoje nogi maja sie doskonale i w dodatku maja wiele radosci z tego co robia.  

Mam nadzieje ze ironia przebija przez te rozwazania, ale prawda jest jedna - nie mam sznurkow swiata w moich zyciu, i musze wiedziec ze zycie jest jakie jest, Perfekcja jest niemozliwa, i czas sie pogodzic ze wszystkie te narzedzia ktore mam w swoich rekach sa troche podrdzewiale, troche przytepiale, troche niedoskonale - tak jak narzedzia wszystkich ludzi . I nalezy i sobie , i innym wybaczyc ta niedoskonalosc i skupic sie na tym jak zrobic najlepszy uzytek z tych narzedzi.


Tutaj zdjecie o ktorym bede myslec dzisiaj. Nawet jesli moj kolejny krok bedzie chybotliwy, niepewny - mam zamiar go postawic patrzac w  w niebo. Z radoscia, z cieplem i miloscia do wszystkich wokol mnie.  Ale tez z troskao siebie. Zachwiac sie moge, ale jesli bedzie mi grozil upadek, to i tak zrobie kolejny krok. Albo poprosze kogos o reke o pomoc.

153 krokow. 153 dni. Malutkich, codziennych. I nie mysimy o tym miejscu za 153 krokow. Myslimy o tym, malenkim, niedoskonalym, kroczku dziesiejszym. jesli bedzie chybotliwy ciezki, pelen leku, to napewno bedzie w nim jaks madra lekcji.A jesli bede tanczyc , jesli ten krok zaskoczy mnie lekkoscia, muzyka, glowa w chmurach to bede sie smac z wdziecznoscia.

Witaj nowy dniu.

( Zdrowe jedzenie ugotowane, jadlospis rozpisany teraz sie trzymac godzin i planu. W tej jednej dziedzinie nie planujemy zachwiania, to bedzie stabilna podpora pod moj kamien bo nad tym co jem mam pelna kontrola. Nad swiatem wielkim juz nie.)

poniedziałek, 6 października 2014

pierwszy poniedzialek w pazdzierniku




hop hop!
do roboty!
czas na kolejne wpisy!


Dziekuje za doping. Potrzebny mi doping bardzo.  Jestem troche sfrustrowana - krece sie w kolko. Wciaz mam za duzo pracy - od wielu, wielu lat nie wyrabiam w osiem kontraktowych godzin. Czesto moj dzien pracy to 12 godzin ( dwie godziny zajmuja mi dojazdy).Dwa razy interweniowalam i w dostalam genialna rade od dyrekcji ze nie musze tego wszystkiego co robie robic. Tyle ze  rada od czapy, bo przydalaby sie bardziej specyficzna rada - czego wlasciwie mam nie robic? 

Po 24 godzinach pracy w weekend i kolejnych pieciu godzinach pracy w dzien wolny ktory dostalam za weekend, umowilam sie  na rozmowe w sprawie zbyt duzych programow w stosunku do ilosci ludzi pracujacych w tycjh programach. Bede prosic o pomoc administracyjna -  mam zamiar podejsc do tego bardzo strategicznie i nieemocjonalnie i jestem zdeterminowana osiagnac sukces.  Bede argumentowac tez tym ze dlugie godziny pracy powoduja ze nie jestem w stanie dbac o swoje zdrowie - mamy teraz klimat w firmie ze zaczyna sie wiecej o tym mowic. Ale koronny argument jaki wytocze to to ze organizacja ZAOSZCZEDZI na tej dodatkowej osobie, bowiem pomoc administracyjna bedzie kosztowac organizacje mniej niz ja- a ja ze swoja pensja managera nie powinnam wykonywac zadan, ktore moze wykonywac osoba z mniejszym wyksztalceniem i doswiadczeniem. Powiem to, skromnsc schowam do kieszeni i powiem. Jak slowo daje powiem. Motywacja moja bedzie to ze ktos kto potrzebuje pracy dostanie ta prace, a ja bedac zdrowa nie bede narazac organizacji na duze koszty zwiazane z moim leczeniem ( tutaj ubezpieczenia medyczne w wiekszosci dostaje sie przez firmy w ktorej sie jest zatrudnionym. ) jakby na to nie popatrzec to robie szkode swojej firmie pracujac te nadmierne i dlugie godziny! Prosze trzymac kciuki. 

No to po tym wstepie zajmijmy sie tym sloniem na blogu. Nie jest bardzo dobrze, ale:
1. Pogratulujmy sobie determinacji - nie poddaje sie. To cale dbanie o zdrowie ( unikam slowa odchudzanie bo wiem ze w moim przypadku problem jest wiekszy) to jest projekt wielowymiarowy dla mnie bo wymaga przesuniecia SIEBIE SAMEJ na plan pierwszy, a wciaz jestem pogrzebana w duzej ilosci obowiazkow.
2. Mam serie malych sukcesow - coraz wiecej dni bez cukru w jadlospisie, coraz czesciej planuje i gotuje posilki na caly tydzien ( dzieki Bogu rodzina bardzo wspierajaca i bardzo sama pochudla, wiec mam wsparcie i przyklad.)

Zrobmy wiec malutkie podsumowanie z tego niesystematycznego miesiaca. Co bylo dobrze:
1. Przygotowanie podstaw jedzeniowych w weekend. POdstawy te to umyte pokrojone warzywa i wysoko-bialkowe potrawy ( tofu, mieso drobowie , fasole. Z tofu raczej skoncze)
2. Planowanie posilkow wieczorem na kolejny dzien.
3. Zmniejszenie wszelkiej aktywnosci wirtualno-telewizyjnej. 
4. Generalne porzadki w swojej garderobie.Zostatalam moze z 30 rzeczami. Kupilam dwie pary butow, pare ladnej biuterii,pare bluzek i studiuje troszke styl, perfumy i wszystko to co babskie wstrzymujac sie jednak z zakupami gdyz mam wielka nadzieje wynosic w zimie te moje 30 rzeczy i kompletowac garderobe w mniejszym rozmiarze!) 
5. Dosc systematyczne praktykuje joge. Sama w domu oraz w okolicznym studio.

Do poprawki nadaje sie wciaz moje myslenie ze wsrod tej mojej intynsywnej pracy znajde czas na prowadzenie pieknego bloga, dalekie wycieczki rowerowe, remont domu, piekna garderobe:  Perfekcjonizm! perfekcjonizm ktorego korzen mocno nadlupalam, ale wciaz  wiecej pracy w tej dziedzinie potrzeba. Jest co jest. Jest rzeczywistosc jaka jest. Rzeczywistosc w ktorej tyle do wdziecznosci, a mysli uciekaja do tego co mogloby byc, powinno byc, czego nie ma.  A jest naprawde tak bardzo duzo, i tyle powodow do wdziecznosci. 

A wiec odnowmy intencje. 
1. Codziennne wieczorne planowanie posilkow
2. 60-minut ruchu. Dobrze by bylo gdyby to 60 minut to bylo intensywne cardio, przynajmnie co drugi dzien.

Malo ten wpis optymistyczny i wniosly ale uczciwy. Widac ze sie troche zmagam z ta opieka nad swoja fizycznoscia, ale sie nie daje....Emocje i duch sa raczej w dobrym stanie..... 

  



niedziela, 24 sierpnia 2014

niedziela (pierwszy tydzien)

(Skopiowane z tej strony: http://www.fengshuidana.com/2014/03/23/7-steps-to-mindful-eating)

Podsumowanie pierwszego tygodnia:

Waga: 210.2 lb ( 95.3 kg) - ubytek wagi 1.2 kg.

Caego nauczyklam sie w tym tygodniu?

  • Planowanie posilkow w czasie weekendow jest dla mnie bardzo wazne. W lodowce musze miec baze do szybkiego zlozenia wszystkich posilkow.
  • Sniadanie! Ja w zasadzie rano nie jestem glodna i w czwartek zapomnialam zjesc cos rano, potem mialam w planie sluzbowy lunch wiec postanowilam nic nie jesc - glod wieczorem byl nie do opanowania i mialam dosc niebezpieczny poslizg. Musze poszukac w literaturze naukowej o tej zaleznosci pomiedzy pierwszym posilkiem rano a wieczornym glodoem. Czytalam wiele razy o tym jednak wciaz ciezko mi zintrernalizowac ta zaleznosc.
Zdrowe odzywianie wymaga czasu. Planowanie posilkow, przygotowanie ich oraz spokojne zjedzenie. Ja od wielu lat wyrobilam w sobie nawyk jedzenia w biegu - sniadanie w samochodzie, lunch podczas odpowiadania na emaile. Zadaniem na ten tydzien jest tzw uwazne jedzenie. Obrazek powyzej przedstawia kilka wskazowek jak to osiagnac:

  1. Usiac do posilku
  2. Uporzadkuj powierzchnie na ktorej lezy posilek.
  3. Przygotuj ladne nakrycie, nawet jak jesz sama.
  4. Jedz z talerzy i sztuccami, ktore Ci sie podobaja
  5. Ustaw swiatlo, moze przyjemna muzyke aby stworzyc mila atmosfere dla posilku.
  6. Nie korzystaj z telefonu, nie ogladaj TV, nie czytaj podczas jedzenia. Skup sie na jedzeniu.
Poniewaz dbanie z zdrowie wymaga czasu, widze z tego pierwszego tygodnia ze na pisanie tego bloga bede mogla sobie pozwolic raz w tygodniu, wiec sprobujmy innej metody regularnego zapisu postepu. Zdjecie. Zdjecia w tym tygodniu ze starannych, nie w biegu, nie w pospiechu posilkow.