niedziela, 12 lutego 2012

Dzien 44

Dzis zajmiemy sie czyms bardzo istotnym - rozpoczetymi i porzuconymi projektami. To jest dla mnie skomplikowana i wielowymiarowa sprawa, i kiedy mysle o tym problemie, odczywam gleboki dyskomfort. Moja naturalna reakcja bylaby "UCIECZKA" od pomyslenia o tym - jak to kiedys wykrzykiwal moj maly bratanek w obliczu polecen, do ktorych nie byl przekonany. ( Na prosbe - "Jasiu prosze posprzataj klocki lego", Jasio uroczo sie usmiechal, wykrzykiwal "ucieczka" i znikal. Czasem duzo czasu uplynelo zanim sie znalazl. Tak reaguja dzieci. Dorosli powinni zrobic porzadek ze swoimi klockami, i to sie nazywa dojrzalosc.)

Ostatnio przylapam sie na tym ze ja wciaz praktykuje wewnetrzne ucieczki - czasem mnie tam cos w srodku meczy, niepokoi - moja odruchowa ucieczka jest albo cos zjesc, albo sie poklocic sie , albo poplakac sobie i porzucic to co mnie tam meczy. Wszystko dozwolone, tylko od tych ucieczek niczego specjalnie nie przybywa ( OK -  przybywa kilogramow!).

Wczoraj jednak nie ucieklam od mojego wewnetrznego niepokoju - zatrzymalam sie i spedzilam z nim troche czasu, zastanawiajac sie co mnie gryzie. I to myslenie wlasnie doprowadzilo mnie do problemu zaczetych i nieskonczonych projektow.  Nieskonczone projekty nie maja jakis zyciowych konsekwencji, bo te najwazniejsze ( wyksztalcenie, praca, macierzynstwo) skonczylam, ale nie rowazalam ich w kategoriach waznych projektow, i tutaj dochodzimy do pierwszego sedna sprawy. Wiele rozpoczetych i nie-skonczonych projektow padlo wskutek tego ze zostaly dolozone do kompletnie pelnego talerza. Wniosek pierwszy - talerz ma pewna elastycznosc, ale skonczona. Talerz mozna powiekszyc kosztem lepszej organizacji, delegowania, ale w pewnym momecie peknie jak sie na niego bedzie dokladac i dokladac. Kazdy okres zycia ma swoje priorytety.

Wniosek drugi - do wielu projektow wlaczylam sie pod wplywem impulsu. Ktos kogo lubie, cos robi, prosi mnie o pomoc i ja natychmiast sie zgadzam. Ba, wrecz wpraszam sie z moja pomoca, ale to juz temat na inna notke. Projekt mnie niekoniecznie interesuje, niekoniecznie jestem osoba , ktora ma talent do tego projektu, ale ciagne go do momentu, az mi sie nie chce tego robic. Fatalnie sie to czasem konczy. Do tego dochodzi jeszcze moje tendencje przywodcze i brania odpowiedzialnosci za caly swiat ( geneze tego mamy rozpracowana juz). Czesto w moim przekonaniu ja nagle robie sie odpowiedzialna za cale przedwsieziecie, jesli ono nie wychodzi, to oczywiscie moje poczucie wartosci krwawi bezustannie.

Wniosek trzeci, to moj problem z malymi kroczkami. Projekt , ktory mnie interesuje, ktory jest wazny, w ktory chce byc zaangazowana nie daje szybkich i WIELKICH rezultatow ( czy czesto sie zdarza ze Rzym od razu zostal zbudowany?). Tak wlasnie bylo wczoraj - spotkanie grupy ksiazkowej mialo byc wielkie, wsdzyscy mieli sie zachwycac ksiazka , ktora zaproponowalam, no jednym slowem mialo byc IDEALNIE. (The perfectionism at work!). Przyszlo tylka kilka osob, nie wszystkim podobala sie ksiazka, ktora ja zaproponowalam ( Hmmm - nie wszyscy mysla tak jak ja? Zadziwiajace....:))

(Nie, nie - spotkanie bylo wspaniale - ta notka, to moje ziarenko  niepokoju pod wielkim  mikroskopem w celu uporzadkowania mojego myslenia. Bo tak naprawde tego ziarenka wczoraj w moim mysleniu byc nie powinno!)

I tutaj dochodzimy do kolejnego waznego wniosku - mojej nieustannej potrzeby kontroli nad sytuacja. Rozmawialtysmy wczoraj na ten temat - owszem sa sytuacje ze ta kontrole trzeba miec - w pracy, w domowych projektach. Ale sa sytuacje, ze powinno sie pozwolic projektom rozwinac w swoim kierunku. I trzeba sie zrelaksowac, cieszyc sie z tych malenkich kroczkow. Poza tym...Kobiety, z ktorymi wczoraj spedzilam czas sa kobietami spelnionymi, zdrowymi emocjonalnie, silnymi...Ktos powiedzial ze ksiazka, ktora wybralam zaklada ze musimy cos zrobic z sytuacja , w ktorej jestesmy...One sa zadowolone z miejsca w ktorym sa.I fakt ze ja - psycholog swiata ( bez zawodowych uprawnien!) - zaczyna otaczac sie zdrowymi emocjonalnie, glebokimi, inspirujacymi  ludzmi, JEST OLBRZYMIM KROKIEM NAPRZOD!!!

Po tym rozwazaniu - spojrzmy na moj talerz i przypomnijmy sobie  proritety:

1. Projektem na ten rok 2012 jest moje zdrowie. Doprowadzenie sie do zdrowej wagi, i zdrowej duszy, zdrowej psychiki. Zdaje sobie sprawe, ze nie bedzie tak ze 31 grudnia 2012, powiem sobie  - dotarlam. Bo wiem ze zycie to droga, z zakretami, objazdami, przystankami. Ale chce powiedziec sobie 31 grudnia 2012 - zrobilam wszystko co bylo w mojej mocy, aby isc naprzod droga mojego potencjalu. I jestem w lepszym miejscu mojego zycia. Takie bylo zalozenie wycofania sie ze wszelkiej dzialanosci spolecznej w roku 2012. Niestety w dniu 43, kiedy zorientowalam sie ze mam troszke pustej przestrzeni na talerzu, juz zaczynam sie angazowac w pewna akcje. Dorzuce cegielke, ale nie przejme organizacji.

2. Klub ksiazkowy jest wazny dla mojego zdrowienia, bo widze tutaj szanse na rozwoj duchowy, na zbudowanie mocniejszej wiezi z ludzmi ktorych lubie, i bede go prowadzila, ale podejde do tego jak do projektow  w pracy. Absolutnie nie bede forsowala mojej agendy - tutaj jest saansa na praktykowanie otwarcia, porzucenia kontroli....

3. Poniewaz prace mam stabilna, w miare satysfakcjonujaca prace to przestane myslec w roku 2012 o tym co chcialabym robic za kilka lat, o tym ze moglabym zrobic jakies studia ( moja organizacja placi za to.) Rok 2012 jest rokiem mojego zdrowia, rokiem poszerzenia zainteresowan poza sfera zawodowa. Pusty talerz kusi...Nie jest to moj prorytet na rok 2012.

An amazing life doesn't happen accidentally. It takes thoughtful consideration and consistent daily practice of life-affirming behaviors. Fuel those habits with a powerful sense of life purpose and you've got a gameplan for success.

Dr. Melanie Lane.

Wroce tutaj jeszcze dzis wieczorem. To przyjrzenie sie tym projektom nieskonczonym  to wazny krok do przodu.



5 komentarzy:

  1. Nie uważasz, że zakradł się drobny błąd? Sprawa zdrowia to nie jest projekt na ten rok, to program na resztę życia. To jedno. A drugie, to nieco niepokoi mnie ta próba zagospodarowania talerza. A czymże to jest, jeśli nie próbą samokontroli życia we wszelkich jego przejawach? Takie stąd -dotąd i ani centymetra dalej. Czyżbyś nie dawała sobie prawa do błędu? Nikt nie jest idealny. Boję się, że wciskasz na siebie pancerz, który w pewnym momencie zacznie Cię dusić. Wyluzuj trochę, więcej spontaniczności,życie jest takie interesujące a czasem mam wrażenie, że usiłujesz brać w karby coś, co w karby wziąć się nie da. Być może źle odczytałam Twoją myśl, a może nie?... Pozdrawiam. BBM

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo Ci dziekuje za ten komentarz! Zadziwiajace jest to ze wczoraj o tym wlasnie myslalam. Zastanawiam sie czy ta potrzeba kontroli do sprawa charakteru, czy sprawa wychowania - ale u mnie proby spontanicznosci koncza sie po prostu rozlezieniem, chaosem. Z kolei mam chroniczna ( i wiem gdzie jest tego zrodlo) potrzebe "angazowania" sie. Rezultatem tego straszliwa ilosc zobowiazan (i w pracy i w zyciu osobistym.) Moj projekt ZDROWIE w tym roku wymaga czasu i tego zeby byl priorytetem. Musze rano wstac i isc na gym, musze spedzic czas prygotowujac sobie posilki, muse miec czas na refleksje i medytracje i na ten blog. I jest to moj czas, i juz go "zapycham".
      Jeszcze raz Ci dziekuje za konstruktywny komentarz. Pomysle na temat spontaniczniosci :)

      Usuń
    2. Spróbuj wymienić w trzech rzędach wszystkie Twoje: CHCĘ, MUSZĘ, POWINNAM. Gdy to zrobisz, dopiero będziesz miała o czym myśleć. ;) BBM

      Usuń
    3. Myslalam o tym. Ale w pewnym okresie zycia jest wiecej tego musze, albo wlasciwie wiekszosc zycia to MUSZE. Z czasem mozna przechodzic na "chce" bo czlowiek ma wiecej czasu. Mysle ze ja wlasnie jestem na tym etapie zycia - z zycia "MUSZE" "POWINNAM" przechodze w zycie gdzie jest wiecej miejsca na chce, a nie bardzo wiem co chce. Rozmawialam o tym z kolezanka, ktora ma dzieci w wieku moich, i ma podobne przemyslenia. :)

      Usuń
  2. Wiesz, wciągnęłam się w czytanie:-). Nawet już nie pamiętam, jak tu do Ciebie trafiłam. Trafiłam i zostałam. Teraz jestem na urlopie macierzyńskim, nocami podczas karmienia czytam Twój blog cofając się do coraz wcześniejszych postów.

    To zadziwiające, jak wiele odnajduję tu rzeczy, nad ktorymi sama pracuję, które sama powoli nazywam. To niesamotiwe. Np. ta nadaktywność, zgłaszanie się na ochotnika (ostatnio znów to zrobiłam i dziś leciałam z upieczonym ciastem na jakieś spotkanie zostawiając kilkumiesięcznego malicha w domu...).

    Od jakiegoś czasu sama staram się pisać, zbieram napiękniejsze zdania i tworzę moją własną "receptę przeciwko nicości". Trochę mam inny sposób pracy ze sobą, ale ciągle mnie zdumiewa to podobieństwo!

    Pozdrawiam bardzo serdecznie!!!

    OdpowiedzUsuń