piątek, 23 listopada 2012

Thanksgiving Day

Ostatni miesiac nieobecnosci na blogu uplynal mi na intensywnym przygotowaniu do 3-tygodniowego urlopu. Tak, tak  urlopu! Ostatnie dwa tygodnie spedzilam w Europe - 10 dni w Polsce i 3 dni w Luksemburgu. Wrocilam z Europy tuz na nasze najwieksze amerykanskie swieta - Thanksgiving Day - kolejny tydzien wolnego czasu - bardzo potrzebny na refleksje i  spokojne przejscie z trybu urlopowego na tryb pracowy.

Jestem bardzo wdzieczna za te moje wakacje. Patrzac w przeszlosc, pochlonieta problemami emigracyjnymi, nie bylam systematyczna w pielegnowaniu przyjazni, nie pisalam, nie dzwonilam, izolowalam sie nie umiejac prosic o wsparcie i pomoc. Mimo to moja gleboka przyjazn licealna przetrwala - moja przyjaciolka z lat licealnych jest taka sama jaka byla kiedys- serdeczna, dobra, z wielkim sercem i Bogu dziekuje za to to ze posadzil nas kiedys razem w jednej lawce. Spotkalam sie tez z przyjacielem z czasow studenckich - serce mi sie raduje ze z rozbawionego, troche szalonego chlopaka, zrobil sie z niego fajny i dojrzaly naukowiec. Pelen pasji, zainteresowan - cieply i bardzo mily czlowiek. Poznalam tez osobiscie trzy kobiety z ktorymi utrzymywalam wirtualny kontakt przez ostatnie osiem lat. Po pierwszych, nieco niezrecznych minutach zaczelysmy rozmawiac jak stare znajome.

Wypilam w Polsce duzo dobrego wina w pieknych krakowskich kawiarenkach i przy obficie zastawianych stolach w domach dobrych ludzi.  Przegadalam dluigie godziny ze wspanialymi ludzmi, z uporem maniaka zwracalam wszystkie narzekania na wdziecznosc i radosc z tego ze jestesmy razem i zdrowi, i ze ta nasza obecna chwila jest i trwa, i na niej sie trzeba koncentrowac. Byly male smutne i nostalgiczne chwile, w ktorym widzialam jasno, ze szkoda bylo czasu i energii bylo na te wszystkie dramaty w przeszlosci - zycia nie da sie przewidziec i zaplanowac, bliscy ludzie odchodza, i  trzeba sie spieszyc z tym kochaniem bo czas tak naprawde krotki dla nas wszystkich jest, a nawet najpiekniejsza materia bez ludzi traci kompletnie swoja wartosc.

Wciaz zasypiam prawie na stojaco o osmej wieczor, i rzesko budze sie o czwartej rano. Wciaz, jak zamkne oczy to chodze po zaulkach Krakowa, zagladam w stare bramy, zasiadam w malenkich kawiarniach na Kazimierzu i slucham ballad Pawla Orkisza. Jeszcze nie do konca wrocilam na ten kontynent gdzie zycie szybsze, bardziej nowoczesne i mniej skomplikowane. Jeszcze chwilke trwam po tamtej stronie Atlantyku.....Jeszcze chwilke....

4 komentarze:

  1. Urlooooop to dla mnie teraz marzenie ... mam bardzo intensywny czas w pracy! ale dam rade muszę!

    Fajnie że pobyłaś w Polsce :) Czekałam na wpis :)

    Pozdrawiam

    Agga

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dasz rade. Z wlasciwym nastawianiem czlowiek daje rade ze wszystkim.

      Usuń
  2. Ostatnio zastanawiałam się nad tym,co znaczy żyć uważniej, jak być tu i teraz...czytałam,googlowalam, trafiłam do Ciebie i już zostałam. U Ciebie jest to,co chciałam zapisać na swoim blogu. Pozdrawiam z ośnieżonego Krakowa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Super Kasiu. Ja wlasnie niedawno wyjechalam z Krakowa i czasem bardzo tesknie do mojego rodzinnego miasta. jak Ci sie tutaj podoba to zostan prosze, ja postaram sie byc w przyszlym roku bardziej aktywna.

      Usuń