wtorek, 26 lutego 2013

Nothing is more powerful than allowing yourself to truly be affected by things. Whether it’s a song, a stranger, a mountain, a rain drop, a tea kettle, an article, a sentence, a footstep … feel it all … Take it and have gratitude. — Zooey Deschanel 
Nie ma nic wspanialszego w naszym zyciu jak szczere i prawdziwe wzruszenia, Czy to wruszenie piosenka, czy tez zachwytem nad  natura, kropla deszczu, czy tez  oczami nieznajomego. Nie ma nic wazniejsego jak autentyczne odczucia. Badz uwazny i wdzieczny...



Kiedy tak mysle o tej notce, to automatycznie staje sie wdzieczna. Za lata spedzone w Polsce. Dlugo odcinalam sie od temtego okresu. Emigracja przychodzila mi trudno, i aby zyc tutaj, musialam zamknac tamte drzwi. Dopiero gdzies od paru lat, przestalam myslec o tym co by bylo gdybym nie wyjechala z Polski, albo co mogloby byc jakbym sie tutaj urodzila, i nie mowila z akcentem . Dopiero kilka lat temu ( a na tej emigracji jestem juz 23 rok) zorientowalam sie ze emigrant ma jakby dwa zycia. I ze to wielki prezent od losu. Przez wiele lat myslalam ze wczesniej czy pozniej wroce do Polski. Teraz nie wiem. Moze. Moze nie. Moze tyle az lat potrzeba aby tak naprawde wrosc w swoj nowy kraj i zapuscic mocny korzen. Ale wracajac do mojej wdziecznosci....

Moje dziecicinstwo bylo trudne. Bylam neurotycznym dzieckiem, niezdiagnozowane ADD wplynelo na to ze przez pierwsze lata w szkole kompletnie nie radzilam sobie ze struktura i dyscyplina tradycyjnych lekcji, i bylam jedna z najgorzych uczennic. Bogu dziekowac ze rodzice nie zgodzili sie na edukacje specjalna dla mnie, bo spirala mojego zycia moglaby byc kompletnie inna....

Ale moje dziecinstwo mialo wspaniale chwile. Wakacje. Letnie i zimowe. Jako dziecko ciagle chore na jakies infekcje drog oddechowych, moi rodzice na kazde wakacje, kazde wolne dni,  wywozili nas z bardzo zanieczyszczonego Krakowa do dziadkow na  swieze powietrze do Nowego Sacza. A Nowy Sacz to byl raj. Z lakami. Gorami, Rzekami. Kamieniami. We wtorki i czwartki wstawalo sie przed wschodem slonca i szlo sie na plac. Czesto wracalo sie z zywa kura upchana w siatke. Ta kura bidulka spedzala swoje ostatnie dwa dni zycia pod skrzynka w niewoli, przed niedzielnym rosolem. Pieniek w ogrodku nosil potem slady krwi. I jadlam ten rosol bez zadnych problemow. Kura to kura, rosol to rosol. A pieniek ze sladami krwi byl w dalekim kacie podworka, i tam sie juz nie chodzilo. Dziecinstwo beztroskie. 

W lecie, szlo sie plywac noca w Kamienicy - woda wtedy byla wciaz ciepla, powietrze juz troche drapalo zimnem, i ten zapach!. Jeden jedyny niezpomniany zapach, ktory wciaz zdarza mi sie czasem zlapac na tej polkuli, i wtedy wspomnienia wracaja niczym w filmie. Zima, snieg byl taki bialy i nie mial konca. Jak sie tak troche przymknelo sie oczy , to blyszczal i oslepial. 

I oprocz tych skarbow nie-do-opisania, byl jeszcze jeden, najwiekszy---CZAS!!! Czas aby lezec na plecach na swiezo skoszonej lace i gapic sie w chmury. Sluchac tej  irytujacej pszczoly i sie troche bac ze uzadli, ale byc zbyt leniwym aby cos z tym strachem zrobic.  Patrzyc na mrowki dzwigajace ciezary, i walczyc z pokusa aby zobaczyc co tam w srodku ich krolestwa jest ( OK, przyznam sie, aczkolwiek  niechetnie, ze zdarzylo mi sie otworzyc ich dom, i z fascynacja obserwowalam panike w zagrodzie, krzatanie, przenoszenie, porzadkowanie. I pamietam jak strasznie mi glupio bylo, czulam sie jak trzesienie ziemi w swiecie mrowek. Nawet sie zastanawialam czy z tego powinnam sie wyspowiadac.).

Moje dziecinstwo bylo pelne przyrody i wolnego czasu. A kiedy wyjechalam do USA zaczal sie pospiech. Bo profesjonalisci, planuja, pracuja, zyja efektywnie i czasu na glupstwa i gapienie sie w chmury nie maja.  Nie maza sie. Robia co maja zrobic. Nie patrza w tyl, pra naprzod. Zyja jak roboty. Bez wakacji. Od czasu do czasu wspomagaja sie psycholgiem. Przesadzam, ale nie az  tak bardzo.

 I to co kiedys bylo takie naturalne, co powodowalo ze wiersze same w glowie mi sie pisaly, bo wierszem tylko mozna oddac malutka chwilke, w ktorej tyle jest zapachow i kolorow, kompletnie zostalo tam, daleko, za zamknietymi drzwiami. I pewnego dnia zdecydowalam sie te drzwi otworzyc. Zaczac pisac blog w jezyku polskim. I jak kiedys po przyjezdzie do USA wszedzie towarzyszyl mi slownik polsko-angielski, tak teraz musialam wyjac slownik angielsko-polski. Zadziwiajaco nieuzywany. Wrocilam do siebie. Innej . Bo z dwoma jezykami w glowie, ale juz te laki pachnace, pszczoly, i rzeki nie byly taka tesknota. Staly sie  pieknym wspomnieniem. I odkrylam ze mam tutaj tez  rzeki. Ze kamienie moze wieksze niz w Polsce, ale tak samo sliskie i zarosniete mchem. I wazki tutaj sa, z wielkimi i wylupiastumi oczami i delikatnymi, celofanowymi szkydelkami. I zaczelam widziec i czuc.Nie tylko przyrode. Takze ludzi. I teraz, kiedy tylko mam troche wolnego czasu uciekam na rzeke.

Moj czas. Czas na bycie ze soba. Czas wdychania zapachow. Czas sluchania. Czas ciszy. Czas zdrowienia. Taki wazny.



FAST from getting worked up over small annoyances today.
POST od tych malych, codziennych irytacji.
OK. Coraz lepiej mi z tym idzie, ale bede swiadoma tego.

PRAY a prayer of thankfulness today for all you have in your life.  
MODLITWA: o wdziecznosc  za wszystko co sie ma.
OK. Coraz lepiej mi to zreszta idzie. Zadziwiajace jak bardzo wdziecznosc zmienia nasze nastawienie.

GIVE a word of thanks to someone in
DAJ:  podziekowanie.
OK. Jestem w tym niezla, ale warto gyc tego swiadoma.

4 komentarze:

  1. Ale ruszyłaś.Czytam regularnie.Zastanawiam się, myślę. Wybieram swoją drogę, oj sporo mam jeszcze do zrobienia.Podziwiam Cię za umiejętność pisania bloga i systematyczność we wszystkim co robisz.Przeczytałam dzisiejszy post i wróciłam się do Twoich pierwszych zapisów.Widzisz zmiany?Bo ja tak. Są ogromne.Oj,trudno za Tobą nadążyć.Jesteś niesamowita.Pozdrawiam Gabrysia

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak Gabrysiu, oj tak. W moich pierwszych blogach bylo duzu bolu, teraz naprawde czuje duzo radosci. I dziekuje Ci za ten komentarza. A ty Gabrysiu, GO, GO!!!Kazdy czlowiek jest niesamowity , w kazdym tkwi bardzo duzy potencjal, i wazne aby sie do niego dokopac.

    OdpowiedzUsuń
  3. Pieknie o tej emigracji...ja nadal w rozdarciu,choc juz coraz mniej chyba.
    I zgadzam sie z Gabrysia ,ze bardzo sie zmienilas :)( mowie to na podsatwie postow wczesniejszych i ostatnich)Tak trzymaj:)))
    pozdrawiam Goska

    OdpowiedzUsuń
  4. Gosia - emigracja wymaga czasu. Gdzies czytalam ze 10 lat to minomum aby sie jako-takos zasymilowac. U mnie dopiero po 17 latach bylo lepiej. Bardzo mi pomoglo zaangazowanie sie w volutariat. Zaczelam do czegos nalezec.

    OdpowiedzUsuń