czwartek, 29 sierpnia 2013

Czego nauczylo mnie to kolejne lato?

San Diego, CA 2012
Lato duszne i wilgotne. Lato,  ktore odbiera energie i sily. Lato, ktore kojarzy sie z komarami , bolem glowy i niechecia do jakiejkolwiek aktywnosci. Lato ktore w mojej pracy jest jednym z najbardziej intensywnych okresow, wiec mieszanka to  raczej piorunujaca. Blog zarosl spamowymi chwastami,  termometr wizyt spadl do zera, blogowa rodzina pewno o mnie zapomniala.  No a ze blog o szczesciu w roku 2013 mial byc, to informuje ze w kierunku tego szczescia mimo upalow i braku energi jakos czlapalam.

Lato 2013 w historii mojej pamieci zapisze sie jako nieco kryzysowe - bowiem w tym roku zmierzylam sie z jednym takim uporczywym problemem, ktory od dlugiego czasu ( moze nawet od zawsze) uwieral mnie i uciskal - a przyczepiony byl jak ten rzep puchaty do wyjatkowego gestego psiego ogona. Nie bylo rady, najpierw trzeba bylo gada rozpoznac. Rozpoznalam. No dobra, badzmy uczciwi tutaj. W sposob raczej malo przyjemny,  ktos pomogl mi go rozpoznac. Jak to w zyciu bywa, prawda czesto jest bolesna. Czesto nasz wkodowany mechanizm obronny ( u mnie bywa samoagresywny)  wlacza sie automatycznie
(stad wiec zalecana w roznych madrach naukach slynna przerwa pomiedzy impulsem a rekacja zwana takze "gap"). Ja zapomnialam o tych madrych naukach wiec  zaczelam ciagnac i szarpac - i nieciekawie sobie z tym radzilam, ale  dzieki Bogu przypomnialam sobie ze stare rekacje kiepsko mi sluzyly. Na takie zapomnienie to najlepiej cisza robi ( albo spacer nad rzeka, ale moja rzeka zakomarzona byla) wiec troche ciszy wprowadzilam  - i poprosilam o pomoc. Szkoda tylko ze tak pozno - bo co mialam rozdrapac to rozdrapalam, co zajesc to zajadlam i dwa kilogramy w tych emocjach przytylam.Dwa kilogramy w lecie upalnym i lepkim nie jest przyjemna sprawa! 

No a   potem bylo juz lepiej, i jest lepiej. No dobra, wstydzic to sie mozna jak sie z problemem nic nie robi i nieczego czlowiek nowego nie uczy.  Nazwijmy wiec ten problem po imieniu - troche zatarla mi sie granica pomiedzy pracowitoscia a pracoholizmem. Z mojej winy. Za duzo zaladowalam na swoj talerz, za pozno zaalarmowalam ze talerz za ciezki , Na szczescie pracuje w bardzo funkcjonalnej organizacji i kiedy zaczelam sie dobijac o pomoc , to ta pomoc dostalam. W jesieni bede jeszcze troche sie zmagac z konsekwencjami mojego zbyt ambitnego planowania - wciaz jeszcze nie bede miala czasu na solidny urlop ale jako ze ja manager bardzo fajnej grupy jestem, to ta grupe na zebranie zwolalam i powiedzialam ze czas nam wlaczyc hamulce. Moze to i dobry problem managera ze zamiast popedzania, prosze  o przyhamowanie. No ale my nasza prace lubimy, i w sumie od nas zalezy ile musimy w tej pracy zrobic. Bo nasze programy takie sa ze mozemy je rozwijac i rozwijac....

Jako ze ten blog to o szczesciu ma byc, a to jest scisle zwiazane z rownowaga pomiedzy duchem, cialem, emocjami i intelektem - wiec zanotujmy sobie tutaj cechy pracownika wydajnego aby moc do tego wrocic jakby mi sie niechcacy zapomnialo jak sie czulam tego lata ( bynajmniej nie wydajnie!)


Pracownik wydajny ( i nie pracoholiczny) ----
  • Ma jasno określone cele – dąży do zrealizowaniawyznaczonego zadania ( tak, wiemy nad czym pracujemy, mamy jasno wytyczone cele! PLUS)
  • Pracuje w normalnym wymiarze godzin.( duze pole do poprawy ale od dwoch tygodni jest juz lepiej!)
  • Ma liczne zainteresowania nie związane z pracą. ( mam te zainteresowania, ale,,,,one sa tez troche jak praca. Potrzebuje czegos kreatywnego w moim zyciu i mysle o kursie jogi i kursie fotografiki. Narazie wrocilam na joge, i zaczelam rozpracowywac moj aparat fotograficzny.)
  • Jeździ na wakacje i świetnie się na nich bawi.(fatalna sprawa tutaj, ale w jesiemi mam wiele konferencji w fajnych miejscach i postaram sobie zorganizowac mini-wakacje wokol tych konferencji)
  •  Pozwala sobie na „wyłączenie się” ( nie jestem micro-managerem, to sobie wypracowalam - zostawiam ludzi ze swoimi projektami)
  • Uważa, że życie to radosne święto.(coraz czesciej tak to wlasnie widze!)

A teraz troche z innej beczki:

W tym roku, 15 sierpnia obchodzilam osobliwa rocznice. Minelo 24 lata mojej mieszkania na tej polkuli . Przyjechalam tutaj majac 24 lat - czyli w mojej tozsamosci jestem bardziej American niz Polish. Czyli American Polish. Albo Polish American. I poczulam ze tak to jest, kiedy ogladajac relacje z obchodow  50. rocznicy slynnego marszu czarnoskorych mieszkancow USA do Waszyngtonu w odpowiedzi na apel Dr. Martina Luthera o pozbawioną przemocy walkę na rzecz ich pełnego równouprawnienia, lzy ciurkiem kapaly mi z oczu. Slynne slowa I have a dream" ("Mam marzenie") stały się symbolem dążeń i wysilku tak w wielu ludzi do całkowitej likwidacji segregacji rasowej.A jak bylo nawet 20-30 lat temu to wiem dobrze bo wielu z moich bliskich przyjaciol ma czarna skore... Segregacja wciaz istnieje - przepasc ekonomiczna niestety sie powieksza - i marzyc trzeba nadal....Moja praca w edukacji daje mi wglad w te problemy...
Jeden z moich ulubionych hymnow spiewanych w moim kosciele to ten - jeden z symbolow tej rocznicy.

....Let us march on....


2 komentarze:

  1. Witaj z powrotem:)
    Milo znowu cos poczytac tu Ciebie :)
    Goska z A.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzieki wielkie i olbrzymie za wsparcie..:):):)

    OdpowiedzUsuń